czwartek, 20 marca 2014

wyszedłeś mój boże

wyszedłeś po cichu zostawiając lekko uchylone drzwi
nie było nawet słychać jak schodzisz po schodach
nie zaskrzypiały deski na progu gdy na nie stanąłeś

wyszedłeś zabierając każdy obrazek który przypominałby że tu byłeś
zabrałeś nawet tę starą beżową, znoszoną kurtkę w której przyszedłeś
i rękawiczkę dziurawą na czwartym palcu prawej ręki

wyszedłeś zostawiając na stolę pustą kartkę i ołówek
nie dopiłeś kawy, ani nie zjadłeś do końca nadgryzionego wczoraj jabłka


po tobie została mi tylko zgaszona świeczka, nasza ulubiona książka otwarta na sto czwartej stronie
kołyszące się jeszcze po cichu klucze w zamku
i łza nie wyschnięta na moim policzku

a ty wyszedłeś po cichu - mój Boże...

a ja czekam że wrócisz


nie czekam?

środa, 19 marca 2014

pozwól mi przyjść do siebie tej nocy...

pozwól mi a przyjdę do ciebie tej nocy

pozwól a przyjdę tak prędko

jak prędkie było nasze ostatnie spojrzenie



no pozwól mi przyjść do siebie

noc przecież nie postarzała się bardzo

wciąż rodzi jeszcze brzemienny księżyc



pozwól mi dzisiaj przyjść do siebie

tak po cichutku na paluszkach

jak gdyby po dywanie ktoś bosą stopą przemknął szybko



staniemy razem w blasku gwiazdy

obuci w ciszę i chłód tej nocy

wtuleni w siebie metr nad ziemią, czekać będziemy aż do poranka

a wtedy rozpłyniemy się jak mleko

tą pierwszą słodką mgłą tej wiosny 

ale już wtedy nie osobno, lecz razem ty ze mną a ja z tobą

wtorek, 10 grudnia 2013

liść

a gdyby tak oderwać się od wszystkich zasad i norm które przyjąłem...

czy nadal byłbym tym samym zielonym liściem, który pragnie spaść na czystą wodę wieczności?

a może uniósłbym się pragnąc szybować wyżej i wyżej do gwiazd by zerwać je z firnamentu marzeń?

a może wyschnąwszy w promieniach gorącego sierpniowego słońca spadłbym w listopadowe błoto jesieni?

dziś jeszcze ze strachem kurczowo trzymam się twardej i ciężkiej gałęzi. 

dziś jeszcze zbyt wcześnie by dać odpowiedź.

dziś już za późno na to bo niektóre gwiazdy zbyt szybko spadły...

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Origami

Składając origami swojego życia często się gubię.

Szkoda, że nikt nie dał konkretnej instrukcji do tego by ułożyć pięknego ptaka.

Zginając papier codzienności mnę każdą chwilę z siłą 24 godzin licząc że kolejne zagięcie ukaże inną drogę.

A czasem siadając na krześle refleksji spoglądam na tę wygniecioną kulę papieru i widzę w niej człowieka, takiego zwykłego z szarej gazety.

Trochę taki bezkształtny spogląda wybałuszonymi oczkami z przerażeniem, ze znowu ktoś będzie chciał go upiększać. 

A origami to sztuka tak jak życie... Bo gdy bierzesz do ręki kartkę to wiesz że nie będzie miejsca na pomyłki. Że to zabawa, w której nie będzie próby generalnej.

Że gdy zegniesz papier nie w tym miejscu co trzeba możesz coś zniszczyć albo zyskać.

Tak więc składając origami swojego życia liczę na to że gdy umierając spojrzę na swoje dzieło zobaczę siebie i będę mógł umrzeć spokojnie


środa, 26 grudnia 2012

Osłowe myślenie


Myślę, że jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu jest zmiana swojego sposobu myślenia.


Jakież to jest mozolne, żeby wyprowadzić się z błędnego postrzegania siebie, innych, świata jeżeli dokonało się już jednoznacznego określenia, jednoznacznej oceny pewnych spraw. Jak powiedzieć sobie po trzech latach wmawiania sobie, że te studia nie są dla mnie, że to wbrew mojemu charakterowi, że się do tego nie nadaję, jak po tych trzech latach w jeden dzień, albo noc wejść na taki poziom świadomości, żeby zmienić swoje myślenie o 180 stopni i powiedzieć sobie "jesteś idealny do tego zawodu"?


Wydaję mi się, że jest to mission ipossible. Jeżeli wychodzenie z błędu w który samemu się weszło nie zajmie tyle czasu co zajęło wchodzenie w ten błąd (według logiki tak powinno być) to wydaje mi się że może zając tylko więcej czasu. 


Myślenie jest jak osioł - raz ukierunkowane trudno zmienić, a próba zmiany wiąże się z długim czasem i mozolną pracą.


Zastanowić się warto czy gra jest warta świeczki. Jeżeli chodzi o fundamenty myślę, że jak najbardziej, bo jak mawiali starożytni "Per aspera ad astra". 


Zmiana myślenia to też zmiana perspektywy, a to nie zawsze odpowiada otoczeniu i z tym trzeba się liczyć. Życie to nieustanna próba generalna, nieprzerwana wędrówka. Trzeba mieć dobrą busolę i liczyć się, z tym, że czasem jak się zejdzie ze ścieżki trzeba będzie zawrócić.


Droga uświęca cel, dlatego warto zawrócić swoje myślowe osły, żeby do celu kiedyś dotrzeć.


Tylko czym/kim jest ten cel...?

Romantyczne święta


Staliśmy przy wigilijnym stole. Dwadzieścia pięć osób. Najpierw Ewangelia, potem modlitwa i kolęda. I niby to był ten wieczór jedyny w roku i wydawałoby się że byliśmy wszyscy razem, ale tak naprawdę każdy był osobno. I z pozoru przyszliśmy wszyscy, aby świętować narodzenie naszego Boga, wieczór w którym cały porządek rzeczy się odwrócił, wieczór w którym na świat przyszedł Bóg. A my smutni i zamknięci każdy w gospodzie własnego serca nie zauważyliśmy przychodzącego na świat Boga.

Może dlatego, że zrobiliśmy z narodzin Chrystusa ckliwe, romantyczne "hollidays", święto świateł i karpia. 

A potem były życzenia. Szczęści? Awansu? Pomyślności? Takie na szybko, klecone na kolanie mimo, że mieliśmy na nie cały rok. Takie na szybko, żeby nie przedłużać, bo pierożki stygną.

A potem staropolskim zwyczajem spożyliśmy dwanaście potraw, na cześć dwunastu apostołów.

A potem zaśpiewaliśmy zwyczajem ojców kolędy, pomiędzy znoszeniem talerzy i piciem kawy.

Wszystko było takie z obrazka, książkowe - choinka, sianko pod obrusem, Jezusek w żłóbeczku, dwanaście potraw, biały opłatek.

Wszystko było takie piękne i romantyczne - blask świeczek, wieczór i światło choinki.

Wszystko było tak jak zawsze - doskonale. Tylko kolejny raz zamiast Boga w życiu narodziła nam się figurka w szopce, abyśmy mogli świątecznym zwyczajem rzec jutro "święta, święta i po świętach", ponieważ kolejny raz obchodziliśmy święta bożego narodzenia zamiast Świąt Bożego Narodzenia.





środa, 12 grudnia 2012

Ogniowe rozkminy.


Dzisiaj siedząc przy komiku, starając uczyć się do zaliczenia z patomorfologii naszły mnie bardzo filozoficzne rozkminy.
Drewno strzelało zajęte przez ogień. Jedno polano zapalało kolejne. Żar stawał się coraz mocniejszy, że czasem szklana szyba oddzielająca rozpalone wnętrze pieca nie wystarczała, żeby powstrzymać ogrom ciepła. 
Wiatr wpadający przez komin potęgował swoimi podmuchami szalejący pożar.
Tak sobie wtedy pomyślałem, że to wszystko jest takie życiowe. Jesteśmy jak suche szczapy, które ktoś musi zapalić swoją pasją, miłością, swoim patrzeniem na świat, swoją duchowością. Wtedy my też zaczynamy płonąć, najpierw powoli i statecznie z każdym muśnięciem tajemniczego Wiatru rozpalając się mocniej i mocniej i przekazując, swoją energię innym. 
Święty Dominik powiedział: „Zapalać może tylko ten, kto sam płonie”.
I kiedy w taki sposób pomyśli się o swoim życiu, to często w jakiś tajemniczy sposób rzeczy trudne przychodzą łatwiej. Przynajmniej u mnie. 
I w ten sposób wróciła chęć do nauki patomorfologii.
Trzeba tylko strzec, żeby ogień nie zgasł zbyt prędko, żeby nie stać się życiowym niedopałkiem, albo życiowym wypałkiem.