Staliśmy przy wigilijnym stole. Dwadzieścia pięć osób. Najpierw Ewangelia, potem modlitwa i kolęda. I niby to był ten wieczór jedyny w roku i wydawałoby się że byliśmy wszyscy razem, ale tak naprawdę każdy był osobno. I z pozoru przyszliśmy wszyscy, aby świętować narodzenie naszego Boga, wieczór w którym cały porządek rzeczy się odwrócił, wieczór w którym na świat przyszedł Bóg. A my smutni i zamknięci każdy w gospodzie własnego serca nie zauważyliśmy przychodzącego na świat Boga.
Może dlatego, że zrobiliśmy z narodzin Chrystusa ckliwe, romantyczne "hollidays", święto świateł i karpia.
A potem były życzenia. Szczęści? Awansu? Pomyślności? Takie na szybko, klecone na kolanie mimo, że mieliśmy na nie cały rok. Takie na szybko, żeby nie przedłużać, bo pierożki stygną.
A potem staropolskim zwyczajem spożyliśmy dwanaście potraw, na cześć dwunastu apostołów.
A potem zaśpiewaliśmy zwyczajem ojców kolędy, pomiędzy znoszeniem talerzy i piciem kawy.
Wszystko było takie z obrazka, książkowe - choinka, sianko pod obrusem, Jezusek w żłóbeczku, dwanaście potraw, biały opłatek.
Wszystko było takie piękne i romantyczne - blask świeczek, wieczór i światło choinki.
Wszystko było tak jak zawsze - doskonale. Tylko kolejny raz zamiast Boga w życiu narodziła nam się figurka w szopce, abyśmy mogli świątecznym zwyczajem rzec jutro "święta, święta i po świętach", ponieważ kolejny raz obchodziliśmy święta bożego narodzenia zamiast Świąt Bożego Narodzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz