Zostawiać coś n ostatnią chwilę, odkładać w nieskończoność... Podobno to choroba geniuszy. Osobiście jednak na swoim żywym przykładzie twierdzę że bardziej niż geniuszy to choroba looserów i obiboków. I nie żeby tak bardzo trudny był ów kac moralny kiedy po raz enty na zajęci wychodzę nie do końca przygotowany tak jak powinienem, albo co gorsza w ogóle nie przygotowany. Gorszy od tego wszystkiego jest chyba jednak brak higieny życiowej. Kolejna nie przespna nocka, kolejny przeziewany dzień, a do tego bardzo nie wyspane agresywne problemy, które jakby w taki dzień dostają jeszcze większego powera by niszczyć życie. Z tym niszczeniem to może przesadziłem, ale generalnie trochę tak jest, że gdy jest się nie wyspanym to te problemy, które normalnie są do łyknięcia, stają się jakieś takie nie ludzkie, takie zwyrodniałe. Może problem nie człowiek, ale spać chyba musi, albo przynajmniej potrzebuje odrobiny zainteresowania, pogładzenia po główce i powiedzenia "choć mój problemku, nie mogę cię rozwiązać, nie mogę cię kopnąć to chociaż cie przytulę". Problem jest jak dziecko - brak uwagi rodzi agresję, a poznawanie i przybliżanie się do niego może zaowocować przyjaźnią i koniec końców okazać się, ze problem był największym błogosławieństwem, ale na to potrzeba czasu.
Mój przyjaciel filozof powiedział mi kiedyś, że jak diabeł chce komuś zniszczyć życie, to mu dzień w noc zamienia.
I tym to pozytywnym akcentem zakończę tę jakże wczesnonocną notatkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz